Praca sezonowa

30 07 2007

Dzisiejszy artykuł miał być wczorajszym. Dobrze się stało, iż Lugnik pokrzyżowała mi plany.
Cześć z Was nie wierzyła, iż przedstawiona wczoraj historia jest autentyczna. Otóż, ręczę moim imieniem, iż w reportażu nie ma źdźbła fałszu. Inaczej nie zdecydowałbym się opublikować, poniekąd ostrych słów pokrzywdzonej. Za zniesławienie i rozpowszechnianie nieprawy grozi odpowiedzialność karna.
(art. 212 § 1. K.k. grożąca kara: grzywny, ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku).

Praca nad morzem cieszy się dość dużą popularnością wśród uczniów szkół średnich oraz studentów. Bohaterami dzisiejszego reportażu są autentyczne osoby pochodzące z różnych stron polski, począwszy od zapadłej wsi na Podbeskidziu skończywszy na stołecznej Warszawie. Łączy ich jedno: praca w Rewalu.

Na nadmorskiej promenadzie roi się od stoisk z tandetnymi pamiątkami “made in china”. Znudzeni sprzedawcy w promieniach upalnego słońca cierpliwie przyglądają się turystom, oglądającymi muszelki. Jakieś dziecko, całe brudne po twarzy z jedzącego loda, krzyczy do rodziców:
- Kupcie mi pistolet !!!
- Jutro Ci kupię… – zbywa go matka.
Na jednym z “stanowisk pamiątkowych” spotykam Kasię, opaloną brunetkę. Nie wygląda na więcej niż 19 lat. Od razu chwyta temat rozmowy.
- Dlaczego tu przyjechałam? Bynajmniej nie z chęci zarobienia jakieś ogromnych pieniędzy.
Powiedz mi, co mogę robić w takiej małej mieścinie gdzie mieszkam? Taka dziura koło Poznania. Do samego poznania około 40 kilometrów. Wiec często tam nie bywam.
Ni to klubu, ni to jakiegoś porządnego baru. Przyjechałam z koleżanką, pracuje, o tam…- wskazuje palcem na pobliską smażalnię, z której zawsze wydobywał się fetor zabijanych ryb.
- W domu się nie przelewna, ale biedy także nie klepiemy. Mama z tatą prowadzą sklep spożywczy. Dokładnie to dwa sklepy, zatrudniają 3 osoby. Przynajmniej przez wakacje nie chciałam żyć na ich rachunek. Tutaj dostaje około 1300 złotych miesięcznie. 6 dni pracy po 8-9 godzin od 9 rano do 17. Wieczory i niedziele mam tylko dla siebie – na jej twarzy pojawia się porozumiewawczy, dość ironiczny uśmiech.
Mieszkamy w przyczepie campingowej. – Odpowiada na mojej pytanie dotyczące zakwaterowania. – Prysznic i ubikację mamy niedaleko w ośrodku wczasowym, który należy do znajomego pana, który nas zatrudnia. Dwa posiłki dziennie: śniadanie i ciepła kolacja. Nie wiem jak tam oni się rozliczają. Nie obchodzi mnie to, mam gdzie spać i co jeść. Dostaję niezłą wypłatę. Czego chcieć więcej?

Idę dalej. Burza wisi w powietrzu. Parne powietrze i zbierające się ciemne chmury w dalszym ciągu mieszają się z przenikliwie opalającym słońcem. Trochę piecze mnie kark.
Zapomniałem posmarować się olejkiem.
Zaczepia mnie mobilna sprzedawczyni gazet.
- Może gazetkę? – Spytała.
- Bardzo chętnie, jest Angora? – Odpowiedziałem
- Niestety… Mam Fakt, Pani Domu, Naj…- zaczęła pokazywać niesione przez siebie gazety.
- Ciężka taka praca?
- Znośna. Przepraszam, muszę iść dalej. Za coś musze żyć. – Powiedziała na odczepnego.
Gazeciarka nie była chętna do rozmowy. Rzekłszy “Do widzenia” poszedłem dalej.

W tak upalny dzień nie może zabraknąć czegoś do ochłody. Przechodziłem właśnie obok jednej z kilkunastu budek z lodami w mieście. Położenie nie zachęca do konsumpcji. Brak tu cienia. Stoi tylko jeden parasol, pod którym skumulowanych jest chyba z 8 osób.
- Małe kręcone poproszę.
- Śmietankowe, czekoladowe czy mieszane? – Spytała ekspedientka
- Myślę, że mieszane będą idealne – odpowiedziałem
Dziewczyna zaczęła kręcić loda.
- Sezonowo tu pracujesz?- Zapytałem
- Tak… – odparła podejrzliwie.
- Mogę porozmawiać z tobą na ten temat? Pisze artykuł. – Powiedziałem, widząc jej zakłopotanie w oczach.
- Nie ma sprawy – zaprosiła mnie bliżej siebie, zaznaczając, że nie mogę wejść do środka budki. Takie są wymogi jej szefa.
Ewelina, lat 18, po II klasie LO w Warszawie. W budce gastronomicznej kręci lody, smaży gofry, wciska śmietanę do rułek. Dostaje 7 złotych za godzinę pracy. Pracuje 7 dni w tygodniu po 8 godzin. Raz rano, raz popołudniu. Na zmiany z dziewczyną pochodzącą z Częstochowy. Mieszka w murowanym domku, z 3 dziewczynami. Mają kuchnię i łazienkę. Gotują sobie same. Na jedzenie miesięcznie wydaje około 300 złotych. Ofertę pracy znalazła uprzednio w Internecie.

- Właściwie, to dlaczego zdecydowałaś się pracować w wakacje? Nie lepiej odpoczywać nad brzegiem Wisły, czy wyjechać gdzieś na kilka dni? – Spytałem, załączając dyktafon.
- Niby to tak wygodniej. Wiesz, 2000 zł na drodze nie leży. Rodzice też nie dają mi tyle na ciuchy czy inne rzeczy. Wiesz jak jest. Jak bym chciała sobie iPoda kupić, to, co zrobię?
Wygram w Totolotka? Rodzice kupią to i tamto, lecz na “głupoty” nie dają mi kasy.
Nie jest źle, jak mam zmianę na rano, to popołudniu mogę iść na plaże, wieczorem też jest czas na jakaś imprezę czy coś. Łączę przyjemne z pożytecznym. A praca w budce aż tak bardzo mnie nie męczy fizycznie.
Faktycznie, Ewelina nie wyglądała na zmęczoną, wręcz przeciwnie tryskała z niej jakaś pozytywna energia. Rozmowę przerwała jakaś pani, chcąca kupić gofra bitą śmietana i owocami.
- Co ja to chciałam…? A właśnie. Dokładnie to do gazety piszesz, czy jak? – Spytała odwróciwszy się po mnie po obsłużeniu klientki.
- Nie do końca. – Odpowiedziałem. – Mam własną stronę, tam piszę artykuły.
- Zapodaj adresem !
Napisałem adres. Pożegnałem się i poszedłem dalej.

Tym razem snułem się dość długo po zatłoczonych ulicach Rewala. Było coraz bardziej duszno, słońce zaszło za ciemniejące już chmury. Ludzi jakby przeczuwali nieubłaganie nadchodząca burzę.
- Kochanie chodź szybciej, zaraz będzie padało! Nie chcę być cała morka… – usłyszałem tuż obok mnie.
Zdecydowałem się iść już do ośrodka. Idąc ulicą Klifową czułem zapach smażonej ryby, niedaleko smażalni kilka pizzerii i podrzędniejszych barów. Zatrzymałem się koło znajomego kiosku. To tutaj kupowałem dziewczynom fajki oraz sobie widokówki i Angorę.
- Dzień dobry! Mogę chwilę porozmawiać? – Zacząłem rozmowę.
- No, nie wiem… – odpowiedziała kobieta, jednocześnie wyciągając na ladę ręką, na której widać było obrączkę.
- Nic z tych rzeczy. – Uśmiechnąłem się. – Pisze artykuł dotyczący pracy sezonowej.
Pani z kiosku wyglądała na około 23 może 24 lata. Miała krótkie włosy i raczej przeciętną urodę. Pochodziła z jakieś dziury na Podkarpaciu. Jej rodzice prowadzili gospodarstwo.
Mimo iż dużo opowiadała o swojej rodzinie, nie chętnie mówiła o zarobkach.
- Na fundusze tutaj nie narzekam. U mnie we wsi ciężko o pracę, więc wyjechałam w Polskę. Z czegoś trzeba utrzymać dom. Prawda?
- Dlaczego Pani nie wyjechała np. do Niemiec czy Anglii. Tam można zarobić o wiele więcej. – Zapytałem.
- Taka Europa to nie dla mnie. Wolę tutaj spokojnie siedzieć w kiosku. -Odpowiedziałem.
- No tak. Ale czy nie lepiej jest zarobić 15000 tys. złotych za 2 miesiące pracy? – Nie dawałem za wygraną.
- … Oczywiście, że lepiej. Ale jakim kosztem? – Podsumowała.
Grzecznie podziękowałem. Pani zaprosiła mnie do dalszych zakupów w “jej” kiosku. Była dosyć dziwna. Może spowodowane było to dość dużą różnicą wieku?

Znalazłem się znowu na ulicy. W tym momencie spadła na mnie pierwsza kropla deszczu. Sklepikarze nerwowo chwali pod folie pamiątki, gazety, ubrania. Morze dalej monotonnie szumiało. Wiatr zmógł się, oczyszczając ulicę z wszelkiego kurzu i pisku. Wróciłem do mojego domku. Zapowiada się duża ulewa…



Polskie obozy pracy.

29 07 2007

Praca sezonowa dla niektórych jest sposobem na dorobienie do skromnego uczniowskiego czy studenckiego budżetu. W ostatnim czasie wiele słyszało się o “obozach pracy”. Kojarzone one raczej są z Śródziemnomorskimi krajami, takimi jak Włochy czy Hiszpania.
Mało kto wie, iż także w Polsce wykorzystuje się ludzi to katorżniczej pracy.

Bohaterką tego artykułu jest pewna dziewczyna z Mikołowa (autorka kilku tekstów na tej stronie).

Moja trzymiesięczna przygoda z Morzem i wymarzoną pracą skończyła się w dwa tygodnie. “Miejsce” pracy zamieniło się w pełnym tego słowa znaczeniu w obóz pracy. Pracowałam fizycznie przez 16 (!) godzin. Zabrali mi książeczkę sanepidowską i nie dali złamanego gorsza. Ukradłyśmy nasze książeczki uciekliśmy stamtąd, nasłaliśmy sanepid i Państwową Inspekcję Pracy. Jestem do tyłu o 200 złotych.

Przed wyjazdem oferowano mi złote góry: ciepłą posadę w ośrodku wypoczynkowym Amberia w dąbkach. Praca na barze, 8 godzin dziennie, 5 dni w tygodniu, 1300 zł za miesiąc z wyżywieniem i noclegiem zagwarantowanym na miejscu. Dostałam tę “pracę” notabene poprzez znajomego trenera piłki ręcznej Andrzeja R., który jest bratem właścicielki ośrodka (Barbara R. ). Inni znaleźli oferty w prasie i w Internecie.
Mój znajomy pojechał tam tydzień przede mną. Była już tam bratanica szefowej – Karolina, która pracowała na recepcji.
Mieszkałam w drewnianym domku. Spałam na podłodze, na materacu, w pokoju bez kuchni i łazienki. Na dole była recepcja, niby czynna od 10 do 18. W praktyce jednak klienci budzili mnie nierzadko o 4 rano, waląc pięściami w szyby domagając się wypisania lub zakwaterowania. Jakoby recepcja była czynna całą dobę.

Znajomy miał być konserwatorem.

W hipotetycznym zakresie jego obowiązków były drobne prace np. koszenie trawy, pomoc w rozbiciu namiotów, odprowadzanie gości po polu campingowym etc. W praktyce robił wszystko, od budowy drewnianych domów, przez klejenie dachów, kładzenie dachówek, przez przetykanie brodzików, ubikacji, usuwania gniazd szerszeni, mrówek, polowania na żmije, skręcania mebli. Ogólnie wszystkiego, co znalazło się do naprawy w tym dużym ośrodku. Wymaniał także instalacje z prądem…

Przez tydzień był tam on, Karolina i niejaka Agnieszka…
Agnieszka, 21 lat, w 6 miesiącu ciąży. Nad wyraz naiwna. Sprzątała wszystkie domki. Będąc w ciąży pracowała z detergentami, nosiła, schylała się i odwalała całą brudną robotę (jak by nie patrzeć, dla co najmniej 5 osób) miała oferowane takie same stawki jak my, jednak pracowała o tydzień dłużej niż mój znajomy, nie miała umowy, wyżywienia ani książeczki sanepidowskiej.

Agnieszka pracowała po 12 godzin, niby na tej stawce, co my. Gdy upomniała się o wypłatę, to dali jej 400 zł i powiedzieli, że pracowała na pół etatu i więcej nie dostanie….
Rozpłakała się. Oni powiedzieli, że dadzą jej jeszcze 100 zł jako bonus. Zagroziła, ze się spakuje i wyjedzie pierwszym rannym pociągiem. Szefowa słodko uśmiechnęła się i powiedziała, ze nikt jej nie mówił, ze pracuje na pól etatu i ze dorzuca jej jeszcze te 300 zł do podstawowej płacy, tak, że wyjdzie jej 800 zł. Zgodziła się.

Po tygodniu pobytu mojego znajomego, przyjechałam ja i Zuza, do pracy w barze. Miałyśmy sprzedawać zapiekanki i lać piwo. Dzień po nas przyjechała jeszcze jedna Agnieszka (studentka 4 roku prawa, chwała Bogu jej za to) również jej powiedzieli, że będzie robić na barze.

W praktyce bar nie istniał.

Był to przeżytek, przypominający knajpę z czasów głębokiego PRLu, bez wody, prądu, kanalizacji. Z kuchnią, posiadającą sprzęt sprzed 40 lat bez instalacji gazowej.
Przyjechałyśmy do pracy w barze a robiłyśmy wszystko to, co robił Przemek. Od koszenia trawy, przez klejenie dachów etc.
Nie mieliśmy wyżywienia (było przez 2 dni), po czym szef stwierdził, ze mu się nie opłaca, i ze mamy gotować sobie w kuchni. Na pytanie – “na czym?”, “w czym?”, “gdzie?” “za co?” – szef wzruszał ramionami.

Dzień w dzień, od mojego przyjazdu kłóciliśmy się o umowę, stawkę za godzinę i nadgodziny i wyżywienie. Wiecznie nas unikali, wzruszali ramionami albo mówili, ze stawka za miesiąc (*5 dni w tygodniu, 8 godz. dziennie = 40 godz. tygodniowo) to 800 zł. My robiliśmy po 16 godz. dziennie przez 7 dni w tygodniu, wiec w tydzień nabiłam 97 nadgodzin. Szef rzekł, że nie da nam stawki za nadgodzinę, bo będzie oceniał naszą efektywność pracy (dziś mam zły humor – nie zapłacę ci).

Pomogli nam rodzice Agnieszki,

którzy przesłali nam kopie umów i tych wszystkich papierów, które pracodawca powinien z nami podpisać, a czego nie zrobił. Pracodawca ma tydzień na podpisanie umowy z pracownikiem, inaczej pracownik ma prawo wezwać inspektorat pracy. Gdy dojdzie do sprawdzenia pracodawcy, ustawa chroni pracownika, który pracuje na czarno.
W końcu wywalczyliśmy podpisanie umowy (przekładali to 3 dni) na poniedziałek rano. W ów poniedziałek rano nas wyrzucili…
Stwierdzili, ze nie mamy z nimi umowy, w ogóle u nich nie pracowaliśmy, nie należy nam się wyplata. Zagroziliśmy inspektoratem pracy, to zagrozili nam duńskimi adwokatami (posądzenie o wymuszenie). Zadzwoniliśmy na policje, oni wyjechali z Dąbek. W momencie mojego powrotu do domu, nikt z szefostwa nie był w ośrodku.

Żeby było śmieszniej, niezależni stróżowie, którzy pracowali dla firmy, którą zatrudniał szef, mówili nam, ze mamy uciekać, bo przed nami była ekipa – i ich wyrzucili, rok temu było tak samo, co 2 tygodnie inna ekipa do odwalanie brudnej roboty. Wczasowicze mówili identycznie.
Co ciekawe, w momencie, gdy wyjeżdżaliśmy stamtąd, pod naszymi drzwiami czekała nowa szóstka ludzi na nasze miejsce. To było z góry zaplanowane!

http://www.amberia-dabki.pl/

To jest oficjalna strona tych państwa. Nie potwierdzam NICZEGO, co tam się znajduje.

Od Tuudiego:

Spisałem i przerobiłem wypowiedz Kingi.

Na szczęście Duńskie prawo mnie nie obowiązuje. Polskiego sądu się nie obawiam. Niech ta historia będzie dla Was przestrogą, aby uważnie wybierać oferty pracy. Nawet taki “pewniak” jak przedstawiony powyżej może okazać się pułapką. W myśl przysłowia: “jak bym wiedział, że się przewrócę – usiądę”, do środka oferty nie wejdziemy.



Ubierajmy się…

6 07 2007

Od 1 września 2007 roku uczniowie szkół podstawowych i gimnazjum mają obowiązek noszenia “jednolitego stroju” potocznie zwanego mundurkiem.
Podstawa prawna:

USTAWA
z dnia 11 kwietnia 2007 r.
o zmianie ustawy o systemie oświaty oraz o zmianie niektórych innych ustaw
(Dz. U. z dnia 9 maja 2007 r.)

Art. 1. W ustawie z dnia 7 września 1991 r. o systemie oświaty (Dz. U. z 2004 r. Nr 256, poz. 2572, z późn. zm.2) wprowadza się następujące zmiany:

po art. 64 dodaje się art. 64a w brzmieniu:
“Art. 64a.
1.     Na terenie szkoły podstawowej i gimnazjum obowiązkowe jest noszenie przez uczniów jednolitego stroju.
2.     Dyrektor szkoły ponadgimnazjalnej może, po zasięgnięciu opinii rady rodziców, wprowadzić obowiązek noszenia przez uczniów na terenie szkoły jednolitego stroju.
3.     Wzór jednolitego stroju, o którym mowa w ust. 1 i 2, określa dyrektor szkoły w porozumieniu z radą rodziców.
4.     Dyrektor szkoły podstawowej i gimnazjum oraz dyrektor szkoły ponadgimnazjalnej, w której wprowadzono obowiązek noszenia jednolitego stroju, może w porozumieniu z radą rodziców określić sytuacje, w których przebywanie ucznia na terenie szkoły nie wymaga noszenia przez niego jednolitego stroju ze względu na szczególną orga
nizację zajęć dydaktyczno-wychowawczych w określonym dniu lub dniach.
5.     W szkołach określonych w przepisach wydanych na podstawie art. 53 ust. 6 kompetencje rady rodziców, o których mowa w ust. 2-4, wykonuje rada pedagogiczna.”;

To tyle suchych faktów.
Pomysł wprowadzenia obowiązkowych mundurków szkolnych popieram nogami i rękami… lecz nie w obecnej formie.
Słowo “jednolity” jest bardzo ogólne. Nie chce być teraz posądzony o plagiat z racjonalisty.pl, gdzie o mundurkach szkolnych pisze Pani Milena Procko Suknia Dejaniry. Ja nie skupię się na analizie słów ustawy, bo i nie mam na to kompetencji, ale na bezsensowności ogólnych stwierdzeń ustawy i co z tego wynika – wzorów mundurków.

Jak zawsze przykład z życia ;)
Gimnazjum w Łaziskach Górnych. Mój kuzyn w wrześniu idzie do klasy czwartej. O mundurkach mówi moja ciotka, notabene nauczycielka historii w gimnazjum:
-“Mundurki w formie, jaka ma być w gimnazjum w Łaziskach wcale nie zniwelują podziałów majątkowych wśród dzieci. Bo co ma niwelować? Ten bezrękawnik, spod którego widać, co ma się ubrane na sobie? Lepszym rozwiązaniem byłyby mundurki, jakie ja nosiłam jak byłam uczennicą. Ustalone, co ma być ubrane, począwszy od spódnicy, skończywszy na bluzce.
Zgadzam się w 100%. Mundurek w sensie obowiązkowego bezrękawnika jest pomysłem totalnie absurdalnym. Zastanawiam się, czemu ma służyć takie ubranie?
Rodzicie poniosą dodatkowe koszty, jeśli chodzi o ubiór dziecka: dotychczasowy strój + jeden (lub dwa) bezrękawniki, które trzeba kupić. Bezrękawnik ten będzie pełnił funkcję jedynie reprezentacyjną. Uczniowie poszczególnych szkół będą różnić się od siebie częścią garderoby.

Inną kwestią (popieraną przeze mnie) jest mundurek od stóp do głowy, z góry narzucony przez placówkę oświatową.
To jest dopiero oszczędność pieniędzy i ochrona biednych dzieci przed nawałą bogatych. Czyż nie?
Takie mundurki mogą się podobać lub nie. Nie obchodzi mnie to. Ważne, że dopiero w takiej formie spełniają swoją rolę, do której zostały powołane.

To od rodziców i grona pedagogicznego zależy, w jakim stroju ich pociechy będą chodzić do szkoły. Niestety, droższy “całkowity” mundurek na dłuższą metę okazuje się tańszy od jednoczęściowej “narzuty”. Także uczniowie po pewnym czasie oduczyliby duże zalety propozycji Tuudiego. Nie wierzę, że nikt z Was rano, przed wyjściem do szkoły nie ma dylematu, “w co tym razem się ubrać?“.