…but not very well ?
26 10 2009Przez weekend byłem w Cieszynie na zjeździe przedstawicieli krajów Grupy Wyszehradzkiej – „V4 Meeting”, połączonym z konferencją szkoleniową pt. „Improving student scientific movement”.
Wydarzenia takie, są doskonałą okazją do poznania ludzi z różnych stron Europy i przekonania się, jak bardzo język obcy przez nas władany jest beznadziejny lub pozostawia wiele do życzenia ;-)
W naszym kraju nigdy nie będę sprawować władzy na najwyższych szczeblach państwowych. Brzydzi mnie taka polityka, paradoksalnie, jednocześnie interesując się tym. (Pewnie dlatego nie należę do żadnej partii.) Jednakże, jestem przekonany, że część moich znajomych zasiądzie w poselskich ławach i będzie decydować o losach polski. Fakt ten muszę wykorzystać bez zbędnej zwłoki i zaproponować całkowitą reformę systemu nauki języków obcych.
Niezaprzeczalnym faktem jest, iż w publicznej szkole bardzo ciężko jest się nauczyć języka obcego. W pewnym momencie dojdziemy do tezy która brzmi: ‘w klasie powinno znajdować się maksymalnie 6 osób, aby uczeń w dobrym stopniu opanował płynność wypowiadania się’. Obecnie jest to całkowicie nierealne, ze względów nie tyle politycznych, co ekonomicznych. Nie mniej jednak, nauka języków obcych musi opierać się na przystosowaniu ucznia do używania języka, czego obecny program z pewnością nie czyni.
Do dziś pamiętam, jakich nikomu nie przydatnych i oderwanych od rzeczywistości rzeczy musiałem się uczyć na lekcjach języka angielskiego w szkole średniej. Na studiach w sumie jest podobnie, ale w mniejszym wymiarze godzin. Jednak, zgrzeszyłbym twierdzeniem, że byłem nie zadowolony w liceum z postawy Pani mgr Opszały – była jedną z najlepszych nauczycielek z jakimi spotkałem się w moim życiu. Ale co z tego, skoro program nauczania przewidywał przerobienie czasów przeszłych, o których mój prywatny nauczyciel pochodzący z USA, słyszał może dwa razy w życiu, a ani razu ich nie używał…
Nie oszukujmy się, aby płynnie rozmawiać w języku angielskim wystarczy znać 6 czasów. Jeżeli ktoś uważa, iż znajomość 16 innych jest mu do czegoś przydatna – powinien pilnie uczyć się ich w domu. Ale absurdem jest zmuszać uczniów – w większości przypadków przeciętnych, do nauki nonsensownych czasów czy innych śmiesznych regułek, których nazw już nawet nie pamiętam.
Nauka języka obcego (poza rzeczą oczywistą, jaką jest konwersacja) powinna opierać się na wkuwaniu słówek. Żadne czasy nie przydają się nam, gdy w połowie zdania zatniemy się, szukając odpowiedniego słówka, starając opisać o co nam chodzi…
Nowy system nauki? Proszę bardzo:
Dzieci w podstawówce poznają podstawy języka angielskiego. Gramatykę, czasy, słówka. W gimnazjum kładziony jest nacisk na poznanie bardziej zaawansowanych i mądrzej brzmiących słówek, które przydają nam się w życiu codziennym. Egzamin gimnazjalny z języka, będzie składać się z dwóch części: praktycznej – napisanie listu czy opowiadania, oraz części teoretycznej 100 – słówek, które zostały wybrane z wcześniej przygotowanej podstawy programowej. Szkoła średnia to taki bonus – oprócz rzeczy oczywistej – słówek, uczniowie poznają stronę bierną, aby ich listy mądrzej brzmiały + kilka rzeczy których jeszcze nie wymyśliłem ;-)
A czy Waszym zdaniem, nauczyciele w publicznych szkołach dobrze nauczają języków obcych? Jak wiele wynieśliście z tych zajęć ? Czekam na Wasze opinie !












Masz rację – mieliśmy szczęście z angielskim w LO. Jednak tak jak zauważyłeś, w wielu przypadkach (niektóre nas ominęły na szczęście), uczono rzeczy oderwanych od rzeczywistości. To nie tylko problem języka angielskiego/obcego. To problem całego systemu oświaty w tym kraju, choć może jest takich więcej.
Tu się zgodzę. Ja, będąc w trzeciej klasie liceum, znając mnóstwo słówek i czasów, nie umiałam mówić. Nasz wspólny nauczyciel z dodatkowego lał ze mnie przy każdej nadarzającej się okazji – znam więcej słów niż on, a nie umiem ich używać. Znam czasy, a nie umiem w nich mówić. Pisać – ok. Mówić – „Dziołcha, kaś ty była dwa lata temu?”. Szkoda, że trza było za to zapłacić, bo nasze szkolnictwo jest denne. I będzie coraz gorzej…
A, jeszcze jedno, śmieszy mnie fakt, kiedy szkoła publiczna, udostępnia lokale dla prywatnej szkoły j. obcych. Absurdalne. I ukazuje słabość polskiej edukacji. Dosyć jaskrawo.
Hmmm… Jeśli o mnie chodzi to angielski w szkole powinien się opierać na większej ilości konwersacji. A słówka? Powinno się dostawać po każdych zajęciach listę do nauczenia, po to by na kolejnych móc ich używać w tych konwersacjach. A co do gramatyki to wg mnie jest w dobrym wymiarze. Jedynie nauczyciele powinni się bardziej skupić na praktyce/rozmowie, niż na bezsensownym „przerabianiu” książki.
Problem polega na tym, że jest za dużo osób w klasie a za mało godzin. I gramatyki jest za dużo, tym bardziej, że nie wszystkiego się używa. Nie mówiąc już o np. ruskich akcentach anglistów i innych, aczkolwiek dziwnych naleciałościach.