Emocjonalne morderstwo.

4 01 2010

Po pierwszym stycznia 2010 roku, zasiłek dla bezrobotnych wzrósł o 142 zł, czyli obecnie wynosi 717 zł brutto. Dostaną go tylko Ci, którzy zarejestrują się po 1 stycznia – nic więc dziwnego, że dzisiaj Urzędy Pracy przeżywały istne oblężenie…

Milton Friedman, kiedyś powiedział: If you pay people not to work and tax them when they do, don’t be surprised if you get unemployment. Czytaj dalej »



Raz jeszcze.

17 11 2009

Magda podesłała jej zdaniem ciekawego linka: http://tinyurl.com/yjyggqt

Sprawa jest już stosunkowo stara i dotyczy wypowiedzi Joanny Senyszyn, która twierdzi, iż wieszanie krzyży w szkołach jest sprzeczne z Polską konstytucją, która gwarantuje rozdzielenie państwa i Kościoła Katolickiego na płaszczyźnie publicznej.

O podobnej sytuacji pisałem już w czerwcu, więc nie widzę potrzeby aby się powtarzać. Zainteresowanych odsyłam bezpośrednio: http://tuudi.net/2009/06/18/pingwinki/

Pracowity tydzień. Dziś to by było na tyle.



Zawodówka biednych.

14 03 2009

Tydzień posuchy jest. Może i nie posuchy jako takiej, ale to ja nie wiem co na świecie dzieje się. Błogi czas nieświadomości wykorzystać także jakoś trzeba, więc za skomentowanie kilku myśli się zabrałem.

Krótka historyjka:

Biedny, młody mieszkaniec Katowic – Tomasz, dziennie o godzinie 7 budzi się, aby zdążyć do zawodówki. O 8 zaczynają się zajęcia. O godzinie 14, kończąc lekcje, jedzie na drugi koniec miasta do warsztatu samochodowego, aby przyrobić parę groszy na utrzymanie. Tomasz jest półsierotą, pomaga mamie w wychowaniu pięciorga swojego młodszego rodzeństwa. O 19 kończy pracę, jedzie do domu, odrabia zadanie domowe, idzie spać. Wstaje o 7…

Ja nie żałuję Tomasza.

Wiem, iż po szkole on będzie na tyle doświadczony, że sam będzie mógł otworzyć warsztat samochodowy. A chyba o to właśnie chodzi: być w życiu przedsiębiorczym i potrafić na siebie zarobić, czyż nie ?

Żal mi natomiast Marcina – człowieka bez wątpienia bogatego, za którego wszystko zrobią rodzice: dają pieniądze, podstawią pod nos obiad, zapiszą na kurs języka włoskiego. Marcin nie wie czym jest praca pełna wyrzeczeń i trudów. Marcin nigdy nie zarabiał. Marcin łatwo wydawał.
Czytaj dalej »



Japońskie sanatoria.

14 11 2007

Kara więzienia powinna być, czymś, co odstrasza potencjalnych przestępców. Proszę nie mówicie, że człowiek w chwili popełniania występku nie myśli o skutkach, nie kalkuluje tego, iż może zostać złapany. Kalkulacja jest wpisana w psychikę człowieka, idąc do sklepu kalkulujemy, czy mamy wystarczająco pieniędzy, pisząc sprawdzian z niemieckiego, liczę jakie jest prawdopodobieństwo dostania oceny dopuszczającej.

Analogicznie, kara śmierci będzie odstraszać potencjalnych morderców ( o tym innym razem), a więzienie nie powinno sanatorium w którym można odpocząć pod trudach przestępczego życia. Niestety, polskie więzienia w porównaniu z innymi krajami można porównać do weekendowej majówki. Najpierw coś innego…

Japonia państwo wyspiarskie leżące w Azji Wschodniej na Pacyfiku. Morze Japońskie oddziela kraj od kontynentu azjatyckiego. Archipelag Japoński rozciąga się od Wysp Nansei na południu do Hokkaido na północy i składa się z ok. 4 000 wysp. Największe z nich to: Honsiu, Hokkaido, Kiusiu i Sikoku.
Gdzie leży Japonia, każdy chyba wie. Jeszcze mogę dodać, iż Japonia jest jednym z najbardziej rozwiniętych ekonomicznie krajów świata. W tym mlekiem i miodem płynącym świecie, są pewne „enklawy”, które na pierwszy rzut oka nie pasują do tego idealnego społeczeństwa – zakłady karne.

W więzieniu najważniejszy jest regulamin. Nie jest on świstkiem papieru, ale urzeczywistnionymi przykazaniami. Jest on rygorystyczny, odhumanizowany i drobiazgowy. Nie można rozmawiać z innymi wiązaniami (także z sobą samym), pożyczać czegokolwiek (nawet długopisu), robić przysiadów, brzuszków, spacerować…
Latem w celi jest skwar trudny do zniesienia, natomiast zimną temperatura spada do około 5 stopni. Jedyną szansą na przetrwanie jest ruch, skazani robią co mogą, aby się ogrzać a nie naruszać regulaminu…
Niedostosowanie się skutkuje karami finansowymi pobieranymi z wynagrodzenia za pracę wykonywaną w czasie pobytu, oraz pobytem w izolatce. Izolatka jest pomieszczeniem, w którym skazany przez cały dzień musi siedzieć na macie głową do ściany lub na drewnianym krześle stojącym na środku pokoju. Bez zgody strażnika nie może skorzystać w toalety.
Książki są jedyną odskocznią od rzeczywistości. Co 14 dni można pożyczyć 5 książek w języku angielskim. Każda książka musi mieć doklejona karteczkę – zezwolenie na czytanie. Z „legalizacją” czasopism w językach ojczystych jest większy problem. Nielegalne czytanie jest dość rozpowszechnione i zarazem ścigane przez służby więzienne z całą surowością. Grozi za to 7 dni izolatki.

Jedzenie – dzielone w skromnych racjach, przesiąknięte chemią bardziej niż oranżada z Biedronki. Na śniadanie bułeczka, trochę margaryny i dżem, obiad – coś jak zupa, kolacja – najczęściej ryba lub konserwa. Japończycy nie dają więźniom nabiału.
Obowiązkiem każdego skazanego jest praca w warsztatach np. przy skręcaniu zabawek. Miesięcznie więzień rozpoczynający wyrok dostaje pensję w wysokości 600 jenów, czyli około 4 euro.

Cele śmierci nazywane są także „celami psychicznych tortur”. Więzień ma „zachować mentalna równowagę” przed egzekucją. Skazańcy de facto mogą tylko oddychać i poruszać ramionami. Niemal cały czas pali się jaskrawe światło. Na opornych wkłada się kaftany bezpieczeństwa.
W Japonii nie ma instytucji zawodowego kata. Wyrok (powieszenie na szubienicy) wykonuje strażnik więzienny za dodatkową opłatą. Można sobie wyobrazić, iż nierzadko wyroki są wykonywane niehumanitarnie. Konformistyczne społeczeństwo Japonii woli przymykać oko, na tego rodzaju praktyki. Większość ludzi jest obojętnych wobec losu więźniów, a minister spraw wewnętrznych jest wręcz dumny z rygoru jaki panuje w zakładach karnych.

* * * *

Więzienia po czeskiej stronie Cieszyna są w opłakanym stanie. Polacy odsiadający kary w Czeskich zakładach karnych, po przeniesieniu do Polskich, chcieliby z łzami w oczach całować słupy graniczne. Dla nich pobyt w Polskim więzieniu jest bardziej odpoczynkiem niż karą…



Praca sezonowa

30 07 2007

Dzisiejszy artykuł miał być wczorajszym. Dobrze się stało, iż Lugnik pokrzyżowała mi plany.
Cześć z Was nie wierzyła, iż przedstawiona wczoraj historia jest autentyczna. Otóż, ręczę moim imieniem, iż w reportażu nie ma źdźbła fałszu. Inaczej nie zdecydowałbym się opublikować, poniekąd ostrych słów pokrzywdzonej. Za zniesławienie i rozpowszechnianie nieprawy grozi odpowiedzialność karna.
(art. 212 § 1. K.k. grożąca kara: grzywny, ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku).

Praca nad morzem cieszy się dość dużą popularnością wśród uczniów szkół średnich oraz studentów. Bohaterami dzisiejszego reportażu są autentyczne osoby pochodzące z różnych stron polski, począwszy od zapadłej wsi na Podbeskidziu skończywszy na stołecznej Warszawie. Łączy ich jedno: praca w Rewalu.

Na nadmorskiej promenadzie roi się od stoisk z tandetnymi pamiątkami „made in china”. Znudzeni sprzedawcy w promieniach upalnego słońca cierpliwie przyglądają się turystom, oglądającymi muszelki. Jakieś dziecko, całe brudne po twarzy z jedzącego loda, krzyczy do rodziców:
- Kupcie mi pistolet !!!
- Jutro Ci kupię… – zbywa go matka.
Na jednym z „stanowisk pamiątkowych” spotykam Kasię, opaloną brunetkę. Nie wygląda na więcej niż 19 lat. Od razu chwyta temat rozmowy.
- Dlaczego tu przyjechałam? Bynajmniej nie z chęci zarobienia jakieś ogromnych pieniędzy.
Powiedz mi, co mogę robić w takiej małej mieścinie gdzie mieszkam? Taka dziura koło Poznania. Do samego poznania około 40 kilometrów. Wiec często tam nie bywam.
Ni to klubu, ni to jakiegoś porządnego baru. Przyjechałam z koleżanką, pracuje, o tam…- wskazuje palcem na pobliską smażalnię, z której zawsze wydobywał się fetor zabijanych ryb.
- W domu się nie przelewna, ale biedy także nie klepiemy. Mama z tatą prowadzą sklep spożywczy. Dokładnie to dwa sklepy, zatrudniają 3 osoby. Przynajmniej przez wakacje nie chciałam żyć na ich rachunek. Tutaj dostaje około 1300 złotych miesięcznie. 6 dni pracy po 8-9 godzin od 9 rano do 17. Wieczory i niedziele mam tylko dla siebie – na jej twarzy pojawia się porozumiewawczy, dość ironiczny uśmiech.
Mieszkamy w przyczepie campingowej. – Odpowiada na mojej pytanie dotyczące zakwaterowania. – Prysznic i ubikację mamy niedaleko w ośrodku wczasowym, który należy do znajomego pana, który nas zatrudnia. Dwa posiłki dziennie: śniadanie i ciepła kolacja. Nie wiem jak tam oni się rozliczają. Nie obchodzi mnie to, mam gdzie spać i co jeść. Dostaję niezłą wypłatę. Czego chcieć więcej?

Idę dalej. Burza wisi w powietrzu. Parne powietrze i zbierające się ciemne chmury w dalszym ciągu mieszają się z przenikliwie opalającym słońcem. Trochę piecze mnie kark.
Zapomniałem posmarować się olejkiem.
Zaczepia mnie mobilna sprzedawczyni gazet.
- Może gazetkę? – Spytała.
- Bardzo chętnie, jest Angora? – Odpowiedziałem
- Niestety… Mam Fakt, Pani Domu, Naj…- zaczęła pokazywać niesione przez siebie gazety.
- Ciężka taka praca?
- Znośna. Przepraszam, muszę iść dalej. Za coś musze żyć. – Powiedziała na odczepnego.
Gazeciarka nie była chętna do rozmowy. Rzekłszy „Do widzenia” poszedłem dalej.

W tak upalny dzień nie może zabraknąć czegoś do ochłody. Przechodziłem właśnie obok jednej z kilkunastu budek z lodami w mieście. Położenie nie zachęca do konsumpcji. Brak tu cienia. Stoi tylko jeden parasol, pod którym skumulowanych jest chyba z 8 osób.
- Małe kręcone poproszę.
- Śmietankowe, czekoladowe czy mieszane? – Spytała ekspedientka
- Myślę, że mieszane będą idealne – odpowiedziałem
Dziewczyna zaczęła kręcić loda.
- Sezonowo tu pracujesz?- Zapytałem
- Tak… – odparła podejrzliwie.
- Mogę porozmawiać z tobą na ten temat? Pisze artykuł. – Powiedziałem, widząc jej zakłopotanie w oczach.
- Nie ma sprawy – zaprosiła mnie bliżej siebie, zaznaczając, że nie mogę wejść do środka budki. Takie są wymogi jej szefa.
Ewelina, lat 18, po II klasie LO w Warszawie. W budce gastronomicznej kręci lody, smaży gofry, wciska śmietanę do rułek. Dostaje 7 złotych za godzinę pracy. Pracuje 7 dni w tygodniu po 8 godzin. Raz rano, raz popołudniu. Na zmiany z dziewczyną pochodzącą z Częstochowy. Mieszka w murowanym domku, z 3 dziewczynami. Mają kuchnię i łazienkę. Gotują sobie same. Na jedzenie miesięcznie wydaje około 300 złotych. Ofertę pracy znalazła uprzednio w Internecie.

- Właściwie, to dlaczego zdecydowałaś się pracować w wakacje? Nie lepiej odpoczywać nad brzegiem Wisły, czy wyjechać gdzieś na kilka dni? – Spytałem, załączając dyktafon.
- Niby to tak wygodniej. Wiesz, 2000 zł na drodze nie leży. Rodzice też nie dają mi tyle na ciuchy czy inne rzeczy. Wiesz jak jest. Jak bym chciała sobie iPoda kupić, to, co zrobię?
Wygram w Totolotka? Rodzice kupią to i tamto, lecz na „głupoty” nie dają mi kasy.
Nie jest źle, jak mam zmianę na rano, to popołudniu mogę iść na plaże, wieczorem też jest czas na jakaś imprezę czy coś. Łączę przyjemne z pożytecznym. A praca w budce aż tak bardzo mnie nie męczy fizycznie.
Faktycznie, Ewelina nie wyglądała na zmęczoną, wręcz przeciwnie tryskała z niej jakaś pozytywna energia. Rozmowę przerwała jakaś pani, chcąca kupić gofra bitą śmietana i owocami.
- Co ja to chciałam…? A właśnie. Dokładnie to do gazety piszesz, czy jak? – Spytała odwróciwszy się po mnie po obsłużeniu klientki.
- Nie do końca. – Odpowiedziałem. – Mam własną stronę, tam piszę artykuły.
- Zapodaj adresem !
Napisałem adres. Pożegnałem się i poszedłem dalej.

Tym razem snułem się dość długo po zatłoczonych ulicach Rewala. Było coraz bardziej duszno, słońce zaszło za ciemniejące już chmury. Ludzi jakby przeczuwali nieubłaganie nadchodząca burzę.
- Kochanie chodź szybciej, zaraz będzie padało! Nie chcę być cała morka… – usłyszałem tuż obok mnie.
Zdecydowałem się iść już do ośrodka. Idąc ulicą Klifową czułem zapach smażonej ryby, niedaleko smażalni kilka pizzerii i podrzędniejszych barów. Zatrzymałem się koło znajomego kiosku. To tutaj kupowałem dziewczynom fajki oraz sobie widokówki i Angorę.
- Dzień dobry! Mogę chwilę porozmawiać? – Zacząłem rozmowę.
- No, nie wiem… – odpowiedziała kobieta, jednocześnie wyciągając na ladę ręką, na której widać było obrączkę.
- Nic z tych rzeczy. – Uśmiechnąłem się. – Pisze artykuł dotyczący pracy sezonowej.
Pani z kiosku wyglądała na około 23 może 24 lata. Miała krótkie włosy i raczej przeciętną urodę. Pochodziła z jakieś dziury na Podkarpaciu. Jej rodzice prowadzili gospodarstwo.
Mimo iż dużo opowiadała o swojej rodzinie, nie chętnie mówiła o zarobkach.
- Na fundusze tutaj nie narzekam. U mnie we wsi ciężko o pracę, więc wyjechałam w Polskę. Z czegoś trzeba utrzymać dom. Prawda?
- Dlaczego Pani nie wyjechała np. do Niemiec czy Anglii. Tam można zarobić o wiele więcej. – Zapytałem.
- Taka Europa to nie dla mnie. Wolę tutaj spokojnie siedzieć w kiosku. -Odpowiedziałem.
- No tak. Ale czy nie lepiej jest zarobić 15000 tys. złotych za 2 miesiące pracy? – Nie dawałem za wygraną.
- … Oczywiście, że lepiej. Ale jakim kosztem? – Podsumowała.
Grzecznie podziękowałem. Pani zaprosiła mnie do dalszych zakupów w „jej” kiosku. Była dosyć dziwna. Może spowodowane było to dość dużą różnicą wieku?

Znalazłem się znowu na ulicy. W tym momencie spadła na mnie pierwsza kropla deszczu. Sklepikarze nerwowo chwali pod folie pamiątki, gazety, ubrania. Morze dalej monotonnie szumiało. Wiatr zmógł się, oczyszczając ulicę z wszelkiego kurzu i pisku. Wróciłem do mojego domku. Zapowiada się duża ulewa…



Polskie obozy pracy.

29 07 2007

Praca sezonowa dla niektórych jest sposobem na dorobienie do skromnego uczniowskiego czy studenckiego budżetu. W ostatnim czasie wiele słyszało się o „obozach pracy”. Kojarzone one raczej są z Śródziemnomorskimi krajami, takimi jak Włochy czy Hiszpania.
Mało kto wie, iż także w Polsce wykorzystuje się ludzi to katorżniczej pracy.

Bohaterką tego artykułu jest pewna dziewczyna z Mikołowa (autorka kilku tekstów na tej stronie).

Moja trzymiesięczna przygoda z Morzem i wymarzoną pracą skończyła się w dwa tygodnie. „Miejsce” pracy zamieniło się w pełnym tego słowa znaczeniu w obóz pracy. Pracowałam fizycznie przez 16 (!) godzin. Zabrali mi książeczkę sanepidowską i nie dali złamanego gorsza. Ukradłyśmy nasze książeczki uciekliśmy stamtąd, nasłaliśmy sanepid i Państwową Inspekcję Pracy. Jestem do tyłu o 200 złotych.

Przed wyjazdem oferowano mi złote góry: ciepłą posadę w ośrodku wypoczynkowym Amberia w dąbkach. Praca na barze, 8 godzin dziennie, 5 dni w tygodniu, 1300 zł za miesiąc z wyżywieniem i noclegiem zagwarantowanym na miejscu. Dostałam tę „pracę” notabene poprzez znajomego trenera piłki ręcznej Andrzeja R., który jest bratem właścicielki ośrodka (Barbara R. ). Inni znaleźli oferty w prasie i w Internecie.
Mój znajomy pojechał tam tydzień przede mną. Była już tam bratanica szefowej – Karolina, która pracowała na recepcji.
Mieszkałam w drewnianym domku. Spałam na podłodze, na materacu, w pokoju bez kuchni i łazienki. Na dole była recepcja, niby czynna od 10 do 18. W praktyce jednak klienci budzili mnie nierzadko o 4 rano, waląc pięściami w szyby domagając się wypisania lub zakwaterowania. Jakoby recepcja była czynna całą dobę.

Znajomy miał być konserwatorem.

W hipotetycznym zakresie jego obowiązków były drobne prace np. koszenie trawy, pomoc w rozbiciu namiotów, odprowadzanie gości po polu campingowym etc. W praktyce robił wszystko, od budowy drewnianych domów, przez klejenie dachów, kładzenie dachówek, przez przetykanie brodzików, ubikacji, usuwania gniazd szerszeni, mrówek, polowania na żmije, skręcania mebli. Ogólnie wszystkiego, co znalazło się do naprawy w tym dużym ośrodku. Wymaniał także instalacje z prądem…

Przez tydzień był tam on, Karolina i niejaka Agnieszka…
Agnieszka, 21 lat, w 6 miesiącu ciąży. Nad wyraz naiwna. Sprzątała wszystkie domki. Będąc w ciąży pracowała z detergentami, nosiła, schylała się i odwalała całą brudną robotę (jak by nie patrzeć, dla co najmniej 5 osób) miała oferowane takie same stawki jak my, jednak pracowała o tydzień dłużej niż mój znajomy, nie miała umowy, wyżywienia ani książeczki sanepidowskiej.

Agnieszka pracowała po 12 godzin, niby na tej stawce, co my. Gdy upomniała się o wypłatę, to dali jej 400 zł i powiedzieli, że pracowała na pół etatu i więcej nie dostanie….
Rozpłakała się. Oni powiedzieli, że dadzą jej jeszcze 100 zł jako bonus. Zagroziła, ze się spakuje i wyjedzie pierwszym rannym pociągiem. Szefowa słodko uśmiechnęła się i powiedziała, ze nikt jej nie mówił, ze pracuje na pól etatu i ze dorzuca jej jeszcze te 300 zł do podstawowej płacy, tak, że wyjdzie jej 800 zł. Zgodziła się.

Po tygodniu pobytu mojego znajomego, przyjechałam ja i Zuza, do pracy w barze. Miałyśmy sprzedawać zapiekanki i lać piwo. Dzień po nas przyjechała jeszcze jedna Agnieszka (studentka 4 roku prawa, chwała Bogu jej za to) również jej powiedzieli, że będzie robić na barze.

W praktyce bar nie istniał.

Był to przeżytek, przypominający knajpę z czasów głębokiego PRLu, bez wody, prądu, kanalizacji. Z kuchnią, posiadającą sprzęt sprzed 40 lat bez instalacji gazowej.
Przyjechałyśmy do pracy w barze a robiłyśmy wszystko to, co robił Przemek. Od koszenia trawy, przez klejenie dachów etc.
Nie mieliśmy wyżywienia (było przez 2 dni), po czym szef stwierdził, ze mu się nie opłaca, i ze mamy gotować sobie w kuchni. Na pytanie – „na czym?”, „w czym?”, „gdzie?” „za co?” – szef wzruszał ramionami.

Dzień w dzień, od mojego przyjazdu kłóciliśmy się o umowę, stawkę za godzinę i nadgodziny i wyżywienie. Wiecznie nas unikali, wzruszali ramionami albo mówili, ze stawka za miesiąc (*5 dni w tygodniu, 8 godz. dziennie = 40 godz. tygodniowo) to 800 zł. My robiliśmy po 16 godz. dziennie przez 7 dni w tygodniu, wiec w tydzień nabiłam 97 nadgodzin. Szef rzekł, że nie da nam stawki za nadgodzinę, bo będzie oceniał naszą efektywność pracy (dziś mam zły humor – nie zapłacę ci).

Pomogli nam rodzice Agnieszki,

którzy przesłali nam kopie umów i tych wszystkich papierów, które pracodawca powinien z nami podpisać, a czego nie zrobił. Pracodawca ma tydzień na podpisanie umowy z pracownikiem, inaczej pracownik ma prawo wezwać inspektorat pracy. Gdy dojdzie do sprawdzenia pracodawcy, ustawa chroni pracownika, który pracuje na czarno.
W końcu wywalczyliśmy podpisanie umowy (przekładali to 3 dni) na poniedziałek rano. W ów poniedziałek rano nas wyrzucili…
Stwierdzili, ze nie mamy z nimi umowy, w ogóle u nich nie pracowaliśmy, nie należy nam się wyplata. Zagroziliśmy inspektoratem pracy, to zagrozili nam duńskimi adwokatami (posądzenie o wymuszenie). Zadzwoniliśmy na policje, oni wyjechali z Dąbek. W momencie mojego powrotu do domu, nikt z szefostwa nie był w ośrodku.

Żeby było śmieszniej, niezależni stróżowie, którzy pracowali dla firmy, którą zatrudniał szef, mówili nam, ze mamy uciekać, bo przed nami była ekipa – i ich wyrzucili, rok temu było tak samo, co 2 tygodnie inna ekipa do odwalanie brudnej roboty. Wczasowicze mówili identycznie.
Co ciekawe, w momencie, gdy wyjeżdżaliśmy stamtąd, pod naszymi drzwiami czekała nowa szóstka ludzi na nasze miejsce. To było z góry zaplanowane!

http://www.amberia-dabki.pl/

To jest oficjalna strona tych państwa. Nie potwierdzam NICZEGO, co tam się znajduje.

Od Tuudiego:

Spisałem i przerobiłem wypowiedz Kingi.

Na szczęście Duńskie prawo mnie nie obowiązuje. Polskiego sądu się nie obawiam. Niech ta historia będzie dla Was przestrogą, aby uważnie wybierać oferty pracy. Nawet taki „pewniak” jak przedstawiony powyżej może okazać się pułapką. W myśl przysłowia: „jak bym wiedział, że się przewrócę – usiądę”, do środka oferty nie wejdziemy.