Dzień 6 – mistyczne jezioro, trekking wzdłuż akweduktów i stek z tuńczyka
Ostatniego dnia na wyspie wyruszyliśmy na szlak prowadzący do Lagoa do Fogo, który często określany jest jako najpiękniejszy szlak na całej wyspie São Miguel. I choć pogoda znów nie była dla nas łaskawa, dominowały chmury, momentami pojawiał się lekki deszcz, nawet w takich warunkach trasa robiła ogromne wrażenie. Już po pierwszych metrach wiedzieliśmy, że to miejsce musi wyglądać spektakularnie przy dobrej pogodzie.
Szlak prowadzący w kierunku jeziora ma około 10 km w obie strony (w zależności od wybranego wariantu startu) i zajmuje średnio 3-4 godziny spokojnej wędrówki. Trasa nie jest technicznie trudna, ale momentami bywa wąska i śliska, szczególnie po opadach, dlatego dobre buty trekkingowe są tu zdecydowanie wskazane.



Jednym z ciekawszych fragmentów trasy jest odcinek prowadzący wzdłuż akweduktu. Wędruje się tu wąską ścieżką, z jednej strony ograniczoną kamiennym korytem, z drugiej otoczoną bujną roślinnością. Ten fragment szlaku jest bardzo charakterystyczny i sprawia, że wędrówka jest urozmaicona i zupełnie inna niż większość tras, które wcześniej przeszliśmy na wyspie.




Dalej szlak otwiera się i prowadzi przez rozległe polany położone pomiędzy górami i wzgórzami. Nawet przy zachmurzonym niebie krajobraz wyglądał surowo i majestatycznie zielone zbocza ginęły w chmurach, a zmieniająca się pogoda dodawała temu miejscu dzikiego charakteru. W słoneczny dzień widoki muszą tu naprawdę zapierać dech w piersiach.




Niestety, gdy dotarliśmy na koniec trasy, zamiast widoku na turkusowe jezioro Lagoa do Fogo zobaczyliśmy jedynie mgłę i padający deszcz. Jezioro całkowicie skryło się w chmurach i pozostała nam jedynie wyobraźnia. Mimo to nie czuliśmy rozczarowania, sam szlak, jego różnorodność i atmosfera sprawiły, że zdecydowanie możemy zaliczyć go do jednego z najładniejszych na wyspie.
Lagoa do Fogo to jedno z najbardziej chronionych miejsc na São Miguel. Jezioro położone jest w kraterze wulkanicznym, a jego otoczenie pozostało niemal nietknięte przez człowieka. Być może właśnie dlatego to miejsce ma w sobie tak wyjątkowy klimat – dziki, surowy i bardzo azorski.


Po zejściu ze szlaku udaliśmy się jeszcze na punkt widokowy Miradouro da Lagoa do Fogo, aby spojrzeć na jezioro z góry i zobaczyć je z zupełnie innej perspektywy, dokładnie to samo jezioro, wzdłuż którego wcześniej wędrowaliśmy pieszo. Niestety i tym razem pogoda nie była po naszej stronie. Gęsta mgła skutecznie zasłoniła widok i zamiast turkusowej tafli jeziora widzieliśmy jedynie białą ścianę chmur. Trudno nie było sobie jednak wyobrazić, jak spektakularnie musi wyglądać to miejsce przy dobrej pogodzie.
Jednym z dużych plusów Azorów jest to, że niemal przy każdej głównej drodze znajdują się przygotowane punkty widokowe. Są one świetnie oznaczone, często wyposażone w niewielkie parkingi, ławki, a czasem nawet miejsca do odpoczynku czy krótkiego pikniku. Dzięki temu zwiedzanie wyspy samochodem jest bardzo komfortowe, a spontaniczne postoje „po drodze” należą tu do codzienności.


Bez problemu można zaplanować cały dzień wyłącznie na przemieszczanie się od jednego punktu widokowego do drugiego, zatrzymując się tam, gdzie pogoda akurat pozwala coś zobaczyć. To ogromna zaleta wyspy, zwłaszcza przy tak zmiennych warunkach atmosferycznych. Jeśli w jednym miejscu widoków brak, często kilka kilometrów dalej sytuacja wygląda zupełnie inaczej.
To, co zapamiętamy z Azorów na bardzo długo, to najlepsza knajpka, do jakiej trafiliśmy na całej wyspie – Cafe Canto do Cais. Z zewnątrz zupełnie niepozorna, wręcz mało zachęcająca. Gdyby nie polecenia i dobre opinie, pewnie przeszlibyśmy obok obojętnie. A to byłby ogromny błąd.
Będąc na Azorach po prostu nie można tam nie pójść. To tutaj spróbowaliśmy steków, o których mówiliśmy się jeszcze długo po powrocie do domu. Idealnie wysmażonego steka z tuńczyka oraz steka z azorskiej wołowiny. Mięso było perfekcyjne: soczyste, delikatne i pełne smaku. Łukasz twierdził, że tak smacznego steka nie jadł nawet w RPA!













